Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje ważne przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje ważne przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 marca 2014

Nowa wiosna

Wiosna to piękna pora roku. Znów odradza się ze snu natura. Znów powraca zapach zieleni, kwiatów, drzew.. zapach życia. Słońce coraz odważniej wygląda zza chmur i coraz dłużej towarzyszy nam w ciągu dnia. Powietrze staje się ciepłe, niosąc ze sobą zapachy codzienności -  coraz to bardziej odczuwalne. Ranek jest świeży, przejrzysty i pełen obietnic. Dzień pełen zgiełku, opowiada nam o tym, co się wokół nas dzieje. Gdzieś z otwartego okna wynurza się zapach pieczonego ciasta, w oddali krzyczą dzieci, rozbiegane i pełne radości płynącej z zabawy. Wieczór przynosi ukojenie. W półmroku zastyga powietrze, jakby analizowało wszystkie wydarzenia. Jest cicho, ciepło i nader tajemniczo.. Co przyniesie noc?..

Powoli wracam do życia. Wciąż ciężko mi witać tegoroczną wiosnę. Bo jest zupełnie inna, bardzo nowa. Już nie taka, jak kiedyś. Odganiam od siebie przeszłość, ale niewiele to daje. Żyję. Żyć będę.

piątek, 29 czerwca 2012

Urodzona w PRL

Na moje dzieci patrzę i myślę...  że jak to jest. Że czasy tak mogą się zmienić.

Że ja, mała jak byłam, to ganiałam w kaloszkach po podwórku zupełnie niedostosowanym dla dzieci, no któż by w czasach tych myślał o tym, by wygospodarować kącik dla dzieci, gdy ziemi urodzajnej sporo i tylko 1/3 było się w stanie przekopać. A i w dodatku kolejki w sklepach spore, toż to czasu nie było, bo towar rzucali.

Pamiętam, jak z Mamą moją kochaną po rajstopy stałam. Miałam wtedy może z 5 lat, kolejka była długa i strasznie mi się nudziło. Byłam stroną wartą stania, bo dawali po dwie paczki na głowę. To cztery dostałyśmy. 
Dziś przemierzam tę samą ulicę, ponad 25 lat później. Obraz z dzieciństwa staje przed oczyma, bardzo często. Tłum ludzi, szarości, brązowe drewniane witryny. Kolory, słońce, krzykliwe wystawy. Dziś.

A jak się papier toaletowy nosiło wieńcem na szyi. To dopiero było coś. Też pamiętam. Że jak się miało taki szary naszyjnik, to się czuło kimś. Masz, można z Tobą pogadać, bo jesteś uśmiechnięty, ba, dumny. Z życia zadowolony - bo udało Ci się, to Twój sukces, zdobyłeś cały wianek, gdy dawali po rolce. No. Po prostu mega sukces.

I pamiętam bułkę w mleku i serki homo waniliowe,  później truskawkowe, na śniadanie przed szkołą. Serek homogenizowany to też był rarytas. Ach, jak ja go uwielbiałam. I mleko było prawdziwe, najprawdziwsze takie od krowy, chodziłam po nie ze szklaną butelką, na wymianę. Mama nawet śmietanę z niego robiła. A jak był dobry czas to i kakao czasem dostawałam.

A napoje w woreczku ze słomką, no gdzie ja dzisiaj zdobędę ten smak? Pamiętam ich kolor, taki wiśniowo-malinowy, niczym kompot. A, kompoty też mama robiła, zresztą robi je do dziś. Lubiłam strzelać pestkami z okna. To była frajda!

I pamiętam tak wiele przedziwnych, na dzisiejsze czasy, rzeczy i sytuacji. Gdy wyprosiłam wujka o wieczne pióro, takie na atrament, przecież tak bardzo lubiłam pisać. Gdy rozprułam swoje spodnie, dżinsy i sama doszyłam sztukowany materiał, by móc nosić dzwony, jak inne koleżanki. (Spodnie były świetne, bardzo je lubiłam i nosiłam długi czas!) Gdy marzyłam o dezodorancie Nivea, którym codziennie w szkole pachniała koleżanka. 

Pamiętam smak i zapach pomarańczy, w każde bożonarodzeniowe święta. I smak orzechów, które ojciec mój rozgniatał kombinerkami. I lampki choinkowe, które można było wyłączyć wykręcając jedną z żarówek. 

I pamiętam LALKĘ, śliczną, podrobioną Barbie, która stała w sklepowej witrynie i kosztowała dość sporo, niestety nie pamiętam już, ile. Ale wiem, że biegałam do niej od jesieni codziennie ze szkoły - a było to zupełnie nie po drodze - by zobaczyć, czy Ona jeszcze tam jest. Była. Aż do połowy grudnia była moim marzeniem. Nie wiem, ile mogło być takich lalek w sklepie. Wiem, że znalazłam swoją umiłowaną w rodzicielskiej szafie na tydzień przed świętami.

A potem pamiętam, jak do pracy w sezonie musiałam pójść, by zarobić na buty na zimę. Niestety tata mój nie był z tych, co opływają świat zarabiając dolary lub co najmniej z tych, co z zaradności swej żyją. A mama chorowała.

I dziś to nie wiem, czy ten świat lepszy jest od tamtejszego.  Wiem, że jeszcze bardziej cenię swój tobołek doświadczeń i wspomnień. Że jeszcze bardziej czuję się dojrzała, i mam w sobie ogrom pokory. Czuję szacunek do rodziców i do pieniądza.

Nie wiem, czy to sens będzie, gdy spróbuję porównać ówczesny świat moich Dzieci i mój tamten, z czasów PRL. Lepiej nie. Czasy się zmieniają, bo taka jest kolej rzeczy...

piątek, 11 maja 2012

Przygotowania

Uwielbiam zapach ciepłego powietrza. Takiego,  jeszcze przed deszczem i burzą, ale nie nagrzanego słońcem. Dziś właśnie taki jest dzień.

Myślami próbuję ogarnąć całą masę ważnych rzeczy. Takich niezmiernie ważnych rzeczy. Arcyważnych.

Szykuję się na niezwykłe wydarzenie w mojej rodzinie. To Pierwsza Komunia mojej Starszej Córci. I bliżej jestem stanu, który można nazwać „dopięciem ostatniego guzika” tym jestem spokojniejsza. Choć generalnie cały ten okres przed, a zwłaszcza teraz, ostatnie dwa tygodnie, to maksymalna nerwówka.

Często myślę, jak to będzie, czy uda się uroczystość w kościele, bo to dla mnie najważniejsze. Boję się swoich łez wzruszenia, bo zbyt dobrze pamiętam swoją Pierwszą Komunię. A przecież od tamtych czasów, jeśli chodzi o samą Liturgię, niewiele się zmieniło. Wystarczy mi kilka wersów znajomej pieśni…

Dzięki temu, że nie robimy samego Przyjęcia w domu, będę miała możliwość spokojnego przeżycia tego wydarzenia. Będę miała spokojną głowę. Z  racji tego, że jestem osobą dorosłą, Mamą, i nie przystoi mi „płakać”… muszę się zaopatrzyć  w zapas… jakiś proszków uspokajających. Bo taka już jestem. Wrażliwa ponad miarę.

Sama Przyszła Komunikantka ze spokojem podchodzi do tego wydarzenia. I choć, bardzo często, miewa „stresowe” bóle brzucha staram się wierzyć, że tym razem wszystko będzie w porządku. Cieszą Ją bielusieńka alba, białe buciki, śliczny wianuszek. Wie, co jest najważniejsze. Wie, że to szczególny dzień w Jej życiu.

A ja, odnoszę wrażenie, że taką dorosłą mam już Córkę. Taką poważną i bardziej świadomą. A jeszcze niedawno, była takim małym, niewinnym, niemowlęciem.


poniedziałek, 19 marca 2012

Bez niego

Wszystko było bez niego.

I dzień pełen wrażeń, i spacer  z córeczką. I kawa, co nie smakowała tak dobrze jak z nim, i obiad i wizyta u znajomych. I noc, a nawet dwie. I weekendowy wieczór. I niedzielny poranek. I słońce za oknem. I wiosenna pogoda. I krzątanina w domu. I brak. I brak. Kogoś brak.

I choć często się mijamy, bo codzienność. Bo mało czasu. A potem potrafimy kłócić się o banały. A przecież on miewa drugie zmiany, gdy cały tydzień widzimy się odwrotnie. I wtedy też go nie ma.  Znaczy się jest rano, gdy idę do pracy, a gdy ja jestem wieczorem w domu, on jest w pracy.

Tęskniła Starsza. Pytała Młodsza. Jak tu nie tęsknić  za Tatusiem, który zostawił swoje serce w domu.

A gdy już wrócił, cały i zdrowy to i nocy nie przespałam, bo sen albo płytki albo nie przychodził. Starsza też się wierciła, bardzo chciała spać u mamy. Młodsza zdążyła cztery razy się wybudzić  zanim o drugiej w nocy usłyszałam wreszcie wyczekany zgrzyt zamka w drzwiach.

Jesteś. Boże, jak dobrze. Dobrze, że jesteś.

czwartek, 5 stycznia 2012

Chaos i wiatr

No i co. 

Że generalnie nie układa się za dobrze. 
W pracy spięcia. I kłótnia. Bo wychodzi na to, że lepiej się nie odzywać, siedzieć i cicho i udawać, że wszystko w porządku, kiedy nie jest. Obłuda! 
To się odezwałam, powiedziałam co myślę i teraz mam. 

Poważna rozmowa z Teściową. Znaczy się mąż rozmawiał. 
A raczej wysłuchiwał.
Że nadużywamy jej dobroci. Że jest zmęczona.
A ja tylko pracuję. I w Sylwestra spała u niej Agatka. Całą noc. Prawie. Obudziła się o trzeciej, kiwnęła łapką i spała do 7.30. 

Moje grzeczne Dziecię.

Na dworze wichura. Okropny styczeń.

W domku dom. Kochające dziewczynki, ciepło męża i choinki. 

Początek roku niewesoły. Plany – nijakie. 
No dobra, coś tam gdzieś w zanadrzu siedzi. 
Ale nie mam nastroju do pisania o tym. Może brakuje wiary? 
Nie nadążam już. Nie lubię zaczynać od nowa. 
Wolę być w środku, w trakcie. W czasie.
Jakieś postanowienia? 
Może jedno, cały czas takie samo – dbać o siebie. 

Do tego łapie mnie jakieś choróbsko. 
Jakoś mi tak podgorączkowo chyba. 
Niedobrze, bo dziewczynki mam zdrowe. 
Aż dziw, że COŚ tak usilnie próbuje wytrącić mnie z równowagi… bo Sylwester był nadzwyczaj udany.
I 1stycznia, również. 
Sylwester, po raz pierwszy, wraz ze Starszą córcią.. Trochę wystraszona a jednocześnie bardzo podekscytowana powitała z nami, wśród przyjaciół, Nowy Rok. 

Gdzie tu optymistyczny początek roku. 
Zwłaszcza w obliczu głośno trąbiących wszem i wobec mediów – o tym, jakie czekają nas podwyżki.
I te utrudnienia u lekarzy, po zmianach w NFZ. Jeszcze u żadnego nie byłam, ale licho nie śpi...

No i co z tym końcem świata…

czwartek, 3 listopada 2011

Z jesienią refleksje

Jesień to szczególna pora, bardzo mocno przypominająca nam o tym, że życie przemija. Deszczem lecące z drzew liście, ogołocone gałęzie, pousychane trawy. 

Przyroda, tak jak my, ludzie, też obumiera, słabnie, poddaje się działaniom z zewnątrz na które nie ma wpływu, którym nie ma siły się przeciwstawić – wiatr, niska temperatura, nieprzyjemny deszcz. 
Czasem daje nam nadzieję,  prezentując jasne promienie słońca, które wisi co prawda nisko, ale jego blask zdecydowanie poprawia nastrój. 
Zwodzi nas kolorami jesiennych liści rekompensując sobie w ten sposób ogólnie dokazującą ponurość.
Jesień w swej okazałości, w kolorach i promieniach słońca, jest piękna. 
Jednakże gdy ukaże nam swoje zmęczone, bezlistne gałęzie drzew, szarość ziemi, zagubione ptaki, którym zaczyna brakować pożywienia…

Myślę sobie wtedy, że coś się skończyło, czegoś zabrakło… 
Znów mija kolejny rok, znów jesteśmy starsi.
Myślę sobie o moich rodzicach, teściach, o tym, jak długo jeszcze będzie im dane oglądać kolejne jesienie…
Myślę sobie o moich dzieciach, z roku na rok dorastających, pełnych nadziei i ciekawości świata. 
Co ich czeka w przyszłości? 
Jakie życie?
Myślę sobie o celu naszej ziemskiej wędrówki, o tym, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu i że trzeba robić wszystko, by każda jesień naszego życia napełniała nas radością.
No i staram się cieszyć tym, co mam, bo to jest najważniejsze.


I, na koniec, drzewko spod mojego okna. Jeszcze kilka dni temu było prześlicznie kolorowe, stojące w kałuży swoich opadniętych "zmęczonych" liści. 
Dziś, zostało ich już niewiele na gałęziach...:)
Ach... Jesień.
Pozdrawiam Was mocno.